Nasze stypendystki o wyścigach - Daria Wieteska - Mazowiecki Gravel

30 czerwca 2023

Mazowiecki Gravel 2021. Mierzyłam siły na zamiary (dwa noclegi na trasie) i chciałam przeżyć przygodę, nie pomyślałabym wtedy że ta przygoda będzie trwać tak długo! Pierwszy start w jakiejkolwiek imprezie - radość z ukończenia w limicie czasu - wtedy to pogoda rozdawała karty.

 

Mazowiecki Gravel 2022. Prawie nie jeździłam przed startem, a skończyłam na 3 miejscu podium, poprawiając swój czas o ponad 20h  łapiąc po drodze jeden nocleg i trochę oparzeń słonecznych.

 

To co wydarzyło się w tym roku? Cel miałam bardzo realistyczny, zejść poniżej 30h - to daje średnią 20km/h i jeszcze 1h przerwy na każde 100km. Wiedziałam, że będą odcinki gdzie uda się cisnąć, ale też takie, które spowolnią mnie skutecznie. Udało się! Czas 29h 45min. Chociaż realizacja celu w pewnym momencie zaczęła odbiegać od założeń.

Pierwsze i ostatnie kilometry przebiegały po dobrze znanych ścieżkach, więc chociaż tam wiedziałam czego się spodziewać  Przeprawa przez Fiszor sprawiła mi mnóstwo bólu, ale jeden z uczestników poratował i ostatni kawałek przeniósł mój rower - łatwiej cierpieć jak nie ma się roweru na ramieniu  No i uważam, że takie urozmaicenia są ciekawe i pozwalają wyrwać się z monotonii jazdy.

 

Piękny Bug, leśne ścieżki i mniej piękne nużące. Pit stopy, które były dokładnie tam gdzie były potrzebne (nie wspominając o spontanicznych punktach wsparcia - ja akurat nie korzystałam, ale to super uczucie, kiedy nagle wśród ciemnej nocy ktoś zaczyna Cię dopingować). Z pewnością zapamiętam spotkanie twarzą w pysk z psem (jednak muszę się wyposażyć w jakieś wsparcie) na szczęście skończyło się tylko na strachu. Po fakcie przypomniałam sobie radę żeby na szczekanie odpowiadać szczekaniem - wypróbuję następnym razem!

 

Zapamiętam też to uczucie o 3 rano, kiedy zaczęłam korzystać z pełnej szerokości ulicy i nie do końca orientowałam co się dzieje. Stwierdziłam, że odpuszczę spanie w siodełku i skorzystałam z przystanku, który był niedaleko (i akurat nie zajmował go żaden inny użytkownik). Dla mnie 40 minut w pozycji horyzontalnej (nie udało się zasnąć) było wystarczające żeby nabrać sił do dalszej.

 

Ostatnie 130km to najpierw zwątpienie, a później walka, walka do samego końca. Zwątpienie bo niestety do problemów ze stopami, które nauczyłam się przetrzymywać czasem nawet jadąc, doszedł ból kolana przy każdym naciśnięciu korby. 80km przed metą myślałam że to już bez sensu, tempo znacząco spadło, jazda była wymuszona pomimo pięknego poranka. Ale czym byłoby ultra bez innych zawodników, W Jeruzalu dostałam maść, podobno działającą na wszystko - ja skorzystałam tylko na kolano. Wzięłam tabletki przeciwbólowe i stwierdziłam, że jeśli ta kombinacja nie pomoże, to zadzwonię po wsparcie żeby zejść z trasy. Po kilku kilometrach przestałam czuć ból.

 

Szybka kalkulacja i miałam świadomość, że cel jest nadal osiągalny. Wiedziałam, że będzie jeszcze kilka spowalniających odcinków, dlatego tam gdzie mogłam jechałam z całych sił.

Bagno Całowanie, Góra Kalwaria - byłam dosłownie wepchnięta na kamiennym podjeździe

 

przez innego uczestnika - strach w oczach to samo powiedziane! Ostatnia prosta się dłużyła, bo miałam wiatr w twarz. Ale dostałam koło (przeważnie nie korzystam z takich przywilejów) i cisnęłam do końca bez opamiętania.

Pojawiła się upragniona meta. Cel zrealizowany, można przecierpieć ostatni atak bólu i cieszyć się z ukończenia trasy, co jeszcze kilka godzin wcześniej stało pod znakiem zapytania.

 

Słodko - gorzki koniec jest taki, że kolano faktycznie oberwało i czeka mnie chwilowa przerwa od roweru. Ale co się dziwić. Wiecie ile pociągnięć korbą wykonałam przez te 25 godzin czystej jazdy? Ponad sto dziesięć tysięcy! Czy mi przykro? Tak.

Na szczęście jestem spełniona.

 

FUNDACJA Szprychówka

NEST BANK

Nr konta: 

02 1870 1045 2078 1069 5252 0001